Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anioły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anioły. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 marca 2013

Postapokalipsa według James'a (fragment)

James zatrzymał się między 39. a 40. piętrem niemal bezokiennego od kilku lat wieżowca Chicago Board of Trade, by odetchnąć. Spojrzał przelotnie na zegarek – nie musiał się spieszyć, do zmiany warty zostało aż dziesięć minut, a on jeszcze musiał wdrapać się tylko na cztery piętra. Przysiadł na skraju betonowej podłogi i spojrzał na panoramę miasta. Budynek, w którym się właśnie znajdował był najwyższym z ocalałych. Pod sobą miał tylko gruz i małe ognisko, które przed czterdziestoma minutami rozpalał z Aiden’em i Logan’em – widział, jak spacerują wokół niego i rozmawiają z bliźniaczkami. Na niebie od kilku dni nie było ani jednej chmurki, dzięki temu każdy zachód słońca wyglądał nieziemsko – dzisiejszy nie był wyjątkiem. Czerwona tarcza, otoczona fioletowo-pomarańczowym cieniowanym pasem światła, wznosiła się nad ziemią ze swoistą niepewnością. Niebo nad miastem było granatowe, ale już na jego jaśniejszych odcieniach błękitu migotały gwiazdy.
James spojrzał w stronę cudem ocalałego fragmentu torów kolei naziemnej ciągnącej się wzdłuż South Wabash Street. Kiedy był mały jeździł nią z mamą w swoje urodziny do McDonald’s, a tam zamawiał sobie Happy Meal’a z największą kanapką – to był jedyny prezent, jaki dostawał, byli biedną rodziną. Jego tata pracował, jako kucharz w knajpce za miastem –zarabiał grosze, ale przynajmniej mieli darmowe jedzenie…, a raczej jego resztki. Mama była krawcową – pracowała w domu, żeby opiekować się małym James’em, nigdy nie wróciła do szkoły i nauczania przedszkolaków. Należeli do jednej z biedniejszych rodzin mieszkających na obrzeżach Chicago. Gdy James skończył szesnaście lat zaczął pracować na budowie. Właśnie, gdy tam był ruszyła lawina zdarzeń, która doprowadziła go na szczyt Chicago Board of Trade.

***

         – E, James! – szef był wyraźnie niezadowolony. – Miałeś pilnować dostaw z Carl’em, a nie się opierdalać! Za co ja ci płacę?!
Mimo ogólnego hałasu i wysokości, na której znajdował się James, dochodziło do niego każde słowo szefa. Chłopak lubił go – prywatnie był bardzo miłym człowiekiem, ale w pracy bywał upierdliwy. James odłożył wiertarkę i zszedł na dół po rusztowaniu.
         – Przepraszam, szefie, ale Carl powiedział, że sam sobie poradzi, a Jenkins chciał, żeby mu pomóc w… – przerwał swój wywód, gdy szef podniósł rękę w uciszającym geście.
         – Ja wszystko rozumiem, James, ale następnym razem nie opuszczaj wyznaczonego przeze mnie stanowiska. – szef poklepał go po ramieniu.
         – Dobrze, szefie. – powiedział tylko i odszedł w stronę wjazdu na budowlę.
         – James! – chłopak zatrzymał się. – Wybacz, ale czasem muszę pokrzyczeć, żeby nie stracić u was autorytetu.
James uśmiechnął się pod nosem i odwrócił.
         – Nie ma sprawy, szefie. – odkrzyknął… i upadł.
Poczuł na twarzy ostre kamienie i rozgrzany pył. Czuł napięcie powierzchni, na której leżał, a wstrząsy pochodzące z jej wnętrza w dziwny sposób wgniatały go w ziemię. Nie mógł się podnieść. Spojrzał tylko wokół. Pierwszym, co zobaczył były poprzebijane ciała budowniczych, którzy wykonywali prace na wysokościach, zatknięte na niezabezpieczone pręty, wystające z betonowej płyty. Krew spływała powoli wzdłuż metalu, jeszcze wyraźniej zaznaczając jego spiralny wzór i zlewając się w jedną plamę pod zwłokami. Żołądek James’a nie wytrzymał i po chwili, odrywając wzrok od martwych kolegów, zwrócił poranny posiłek. Nim na powrót odzyskał panowanie nad swoim ciałem usłyszał niewyobrażalny huk, a następnie ogarnęła go chmura piasku i kilka ogromnych kamieni przetoczyło się obok jego ciała. Zamkną oczy, by nie podrażnił ich pył i zaczął spazmatycznie łapać powietrze i momentalnie je odkasływać.
         Trzęsienie ziemi nie ustawało jeszcze przez kilka potwornych minut, przez które James modlił się, by jednak żaden kawał gruzu z walących się nieopodal budynków nie wylądował na nim. Co jakiś czas spomiędzy huku wyłaniał się ludzki krzyk, ale głównie słyszał uderzające o ziemię kamienie, rozbijające się szkło i jeden niezidentyfikowany dźwięk – jakby okrzyki bojowe pomieszane z niepochodzącym od człowieka zawodzeniem. W końcu huk ustał, a zaraz po nim samo trzęsienie. Pozostały tylko jęki i owe dziwne dźwięki, które z czasem cichły, jednocześnie coraz bardziej się zbliżając. Można to było porównać do krzyku, słyszanego z odległości kilku metrów, a osoba, z której się on wydobywał krzyczała coraz ciszej, zbliżając się, aż w końcu szeptała w nasze ucho – dźwięk był o wiele cichszy od poprzedniego, a jednak dobrze słyszalny ze względu na zmniejszenie odległości między osobami. James poczuł się, jak w „Mgle” Stephena Kinga. Wszystko było spowite pyłem, pośród, którego co jakiś czas pojawiły się cienie, wywołujące wzbijanie się nowych tumanów kurzu. James podniósł się z trudem i stanął na miękkich nogach. Upadł, spłoszony przeraźliwym kobiecym krzykiem. Spojrzał w stronę, z której pochodził ów dźwięk i poderwał się, tym razem szybko, z ziemi. Zaczął biec. Przed siebie. Nie widząc prawie nic. Wybiegł z budowy na ulicę, ale krzyk już dawno ustał. Postanowił jednak znaleźć kogoś żywego lub miejsce, z którego mógł zaobserwować skutki kataklizmu.

         Zepar pochylił się nad martwym ciałem i poczuł upajający zapach ludzkiej krwi. Delikatnie wylądował obok mężczyzny, chowając ogromne podobne do nietoperzach skrzydła. Toksycznie zielona mgła, wydobywająca się z jego otwartej z przodu czaszki zmieniła kolor na dymny. Bez wahania przejechał szponami przez całą długość ciała martwego mężczyzny, ukazując jego wnętrze – jeszcze soczyście czerwone serce, płuca, żołądek i jelita – i wydając z siebie niczym nietłumiony charkot. Spomiędzy mgły zaczął wypływać silnie żrący kwas i spływając po skraju jego brody, powoli skapywał do wnętrza ciała, aż stało się ono tylko dymiącym bezkształtnym zlepkiem mięsa.

autor obrazka: Victor Titov

         James w końcu wyszedł z wszechobecnego pyłu… i z miejsca tego pożałował. Jakieś pięć metrów przed nim leżał kawał parującego mięsa, a nad nim pochylała się szkarłatną postać. Widział tylko tył jej głowy; plecy, z których wystawały, jakby osmolone kości, na które naciągnięta była mechata skóra; i kościste, ale dziwnie rozłożyste ramiona. Twarz postaci skryta była za kawałem mięsa. James słyszał charkotanie i nieprzyjemne mlaskanie, zwiastujące jednoznacznie, że… Chłopak nie wytrzymał, a jego ciałem znów wstrząsnęły konwulsje. Jego żołądek skurczył się kilkakrotnie, nie mając jednak, co zwrócić.
         Postac nagle podniosła głowę, najwyraźniej słysząc walkę James’a ze swoim ciałem, a wtedy on zobaczył… dziurę – miejsce twarzy zajmowała dymiąca dziura. Chłopak wyraźnie teraz zobaczył całą sylwetkę Zepara: wyglądał, jak ubrany w zbroję, jednak był też dziwnie wychudzony; jego nogi okrywały kopuły, mające zwieńczenie u szczytu ud, przez co były one permanentnie rozstawione; kości wystające spod skóry na ramionach wyglądały, jak naramienniki, a przez jego szyję, pierś i brzuch, aż do przepasanych kawałkiem brudnego materiału bioder, ciągnął się sznur kulek o średnicy mniej więcej dwóch centymetrów każda, przypominających kręgosłup. James dopiero po chwili zobaczył na środku klatki piersiowej demona spory otwór, przykryty zżółkłą błoną, za którą biło żylaste serce i którego tętnice znikały za krawędziami dziury, przytrzymując je na miejscu gdzieś w głębi ciała.
         Chłopak stał wbity w ziemię, patrząc, jak mgła na „twarzy” stwora zmienia kolor na krwistoczerwony, a jego ciało napina się, przyjmując pozycję bojową. Demon uniósł skrzydła lekko je rozkładając i wydał z siebie krótki ryk, podobny do skrzeku. Po chwili rozłożył skrzydła całkowicie, rycząc znacznie głośniej, co spowodowało uniesienie się piasku z ziemi i wywołanie niewielkiej pyłowej mgły między potworem a James’em.
         Mimo że serce chłopaka biło tak szybko, jak nigdy dotąd to nie mógł się ruszyć. Nawet ryki stwora nie zrobiły na nim wrażenia, ponieważ słyszał tylko szum własnej krwi w uszach. Potwór, widząc, że nie wywołał w James’ie żadnej reakcji, prócz lekkiego drżenia na całym ciele i przymrużenia oczu, uspokoił się i wyprostował. Mgła zmieniła kolor na jasnozielony. Zdawać by się mogło, że demon patrzy na chłopaka z pewną kpiną, a na pewno wyższością. Zaczął powoli się do niego zbliżać, a James miał ochotę zemdleć. Nie czuł już własnych mięśni i tego, że stał, chociaż doskonale wiedział, że tak jest – miał wrażenie, że jego mózg przyjął zdradziecki sposób walki z szokiem i strachem, który odczuwał. James poczuł na ustach strużkę ciepłego płynu, wędrującą dalej po jego brodzie, szyi i brudząc swoją czerwienią jego przepoconą już bokserkę. Zakręciło mu się w głowie, ale nie upadł ani nawet nie zamknął oczu.
         Demon zbliżał się do niego nieznośnie powoli, a gdy stanął tuż przed nim James poczuł zapach palonego drewna (absolutnie niewspółgrający z kolorem dymu wydobywającego się z jego czaszki) i nie przyjemne ciepło – biorąc pod uwagę, że panująca w Chicago temperatura, praca na budowie, trzęsienie ziemi, szukanie jakiegoś punktu odniesienia i stanięcie twarzą w twarz z demonem już podniosły mu poziom adrenaliny we krwi do maksimum. Potwór prowokująco obszedł go dookoła i znów stanął naprzeciwko chłopaka. Podniósł kościstą dłoń, zakończoną co najmniej dziesięciocentymetrowymi szponami, w jakby demonstracyjnym geście, a James powiódł za nią wzrokiem. Z mgły na „twarzy” demona zaczęła wydobywać się wodnista żółtawa ciecz. Skapując na ziemię, rozbryzgiwała się tuż przed stopami James’a, nie dosięgając go jednak, z nieprzyjemnym sykiem. Stwór znów ryknął chlapiąc kwasem na boki. Zamachnął się… i cofnął gwałtownie całe ciało, upadając i kuląc się z, jak się James’owi wydawało, bólu. Demon osłonił się skrzydłami, zza których niemal wcale nie było widać jego sylwetki. Trząsł się, skrzecząc, a chłopak pierwszy raz, od kiedy go zobaczył, poczuł się w miarę bezpieczny – przynajmniej emocjonalnie, bo jego ciało nadal pozostawało w niezdrowym napięciu i swoistym niebycie. Potwór wyprężył się nagle, prostując skrzydła i wydobywając z siebie rozpaczliwy dźwięk – jeden z najgłośniejszych, jakie James słyszał w swoim życiu. Demon rozłożył ręce przedłużając krzyk. Chłopak zauważył, że jego serce skurczyło się kilkukrotnie, przypominając teraz orzech laskowy, a tętnice podtrzymujące je zwężyły się do rozmiarów plastikowej słomki.

Pewnie zapomniałeś
o naszej umowie dotyczącej tego opowiadania,
ale ja pamiętałam (mam nadzieję, że ci się podoba)

– jeszcze raz: wszystkiego najlepszego!

wtorek, 12 lutego 2013

W imię Boże...


Nad ruinami świątyni unosiła się jeszcze zgliszczowa mgła, gdy na niebo wzeszło blade Słońce. Popiół sprawił, że wyglądało ono, jak bledsza od tła, niewielka plama – nie miało znaczenia, jak wysoko by wzeszło, na każdej pozycji świeciłoby tak samo mocno… lub raczej tak samo słabo. Mało, który z ocalałych mieszkańców niedalekiej wioski zauważył, że zostało ono częściowo przysłonięte przez dwie człekopodobne istoty. Dopiero, gdy ich uszu doszedł swoistego rodzaju charkot, wszyscy bez wyjątku zwrócili wzrok ku niewidocznemu niebu. Pomimo poparzonej skóry, połamanych kości, powykręcanych kończyn i próbie ratowania swoich bliskich, wszyscy zaczęli chronić się za pozostałościami drewnianych ścian, przepychając się, nie zważając na innych i niczym zwierzęta bronili tylko własnych głów. Jedni drugim pokazywali dłońmi w poprzecieranych na palcach skórzanych rękawicach dwie istoty. Od kilku dni w okolicach doliny Tenebris krążyły plotki właśnie o tych stworach. I od kilku dni cała dolina drżała na wspomnienie o nich – jedni z najodważniejszych ludzi na półwyspie Timor (i najprawdopodobniej na całym Świecie) bali się ich bardziej niż samego Stwórcy. Właśnie, gdy to się stało wieśniacy oddawali Mu cześć w oddalonej od wioski o kilkadziesiąt kilometrów świątyni.
        
***

Noc zapowiadała się spokojnie. Niebo przysłaniał tylko jeden ciemnoniebieski obłok, który nieco przyćmiewał blask idealnie okrągłego Księżyca. Nad koronami drzew pobrzmiewały ciche śpiewy i pomruki. Pomimo zmęczenia pomiędzy uczestnikami pielgrzymki gościł spokój. Po raz pierwszy podczas pochodu nie natknęli się na żadne dzikie stworzenie – a podróżowali tak od każdej nocy podczas, której Księżyc znajdował się w pełni, a zapoczątkowali to już ich praprapradziadowie, oddając cześć Stwórcy – i traktowali to, jako dobry znak (lub „magiczne” działanie nowo wyprodukowanych przez chłopki zapachowych olejków, z innych niż do tej pory roślin, którymi przed zapaleniem smarowano końce pochodni – ich zapach miał za zadanie odstraszyć zwierzęta i, jak widać, spełniał swoją rolę). Pielgrzymi wędrowali już od zeszłej nocy – świątynia była usytuowana w odpowiedniej odległości od wioski, tak, by pochód zajmował cały dzień i całą noc (dzisiejsze 24 godziny) – a zatrzymali się tylko na jeden posiłek, więc byli spokojni, że wedle tradycji dotrą na miejsce o, a nawet przed północą.
         Świątynia mieściła się na obrzeżach gęstego lasu. Wędrowcy po położeniu Księżyca wiedzieli, że do śródnocy zostało jeszcze sporo czasu. Jednak postanowili go nie marnować i ewentualnie po poczynionych przygotowaniach odetchnąć po podróży. Wetknęli pochodnie do specjalnych lichtarzy zamocowanych po obu stronach wejścia, nieznaczna ilość kobiet obsypała próg płatkami lilii z wiklinowych koszy, chłopi przywiązali osły uzdami do bocznej ściany świątyni. Sama świątynia była niewielka. Jej ściany zrobione były z położonych jedna na drugiej, nieociosanych belek i miały wysokość nie większą niż przeciętny Nefilim (zresztą nieprzypadkowo – ludzie za nimi nie przepadali i nie mogli pozwolić sobie na to, by, któryś z nich dostał się do jakiegokolwiek świętego miejsca). Wnętrze świątyni było skromne i ciasne – mogło pomieścić jednorazowo do trzydziestu ludzi, przy czym musieli oni trzymać się z dala od ścian, by nie zrzucić pochodni, znajdujących się na nich lub, co gorsza, samemu się nie podpalić. Dach również był drewniany – zbudowany z połówek drewnianych pni, których końce stykały się ze sobą nad osią pomieszczenia. Co kilka centymetrów w dachu widniała dziura, zazwyczaj przykryta patykami i słomą – podczas każdego przybycia wieśniacy odsłaniali jeden odpowiedni otwór tak, by, wpadające przez nie światło Księżyca padało wprost na kamienny ołtarz, znajdujący się naprzeciwko drzwi.
         Gdy wszystko już było gotowe – wieśniacy umyci w pobliskim strumyku, przebrani i najedzeni, zwierzęta przywiązane, a przedmioty niezbędne do odprawiania rytuału przygotowane – kapłan stanął przed kwiecistą liliową linią, ukłonił się w stronę ołtarza i wypowiedział prastarą formułę umożliwiającą mu wejście do świątyni. Wchodząc do środka przeszedł przez płatki świeżych kwiatów – ich sok pobrudził próg, a zapach stał się nagle bardzo intensywny, tak, iż wydawało się, że unosząc się w powietrzu tworzy w drzwiach swoistego rodzaju portal. Ludzie kolejno przenikali przez tę falę zapachu, tak, że po chwili świątynia była zapełniona po brzegi, a na jej ścianach wisiały pochodnie, które wieszał każdy z przybyłych. Obrzędy rozpoczęły się, gdy światło Księżyca padło na leżące na ołtarzu kości.
         Gdy ludzie klękali na gołej ziemi pod dachem świątyni z twarzami skrytymi w dłoniach, w jej niedostrzegalnym dla wszystkich rogu ni stąd ni zowąd pojawiła się pojedyncza iskra, która po chwili zmieniła się w mały płomień. Ogień powoli trawił przednią ścianę świątyni, jednak… bezgłośnie i wydawało się jakby w ogóle nie wydobywał z siebie światła ani ciepła. Wieśniacy modlili się nadal, gdy tymczasem jedyna droga ucieczki stanęła całkowicie w płomieniach. Dopiero, gdy kapłan podniósł głowę rozpętało się piekło.

         Astaroth i Munkar znajdowali się nad górami doliny Tenebris. Lewitowali tam już od ponad dwóch dni, czekając na jakichkolwiek ludzi. Nie chcieli udawać się bezpośrednio do wiosek, tak, jak inni, ponieważ byłoby to jawnym i największym pogwałceniem Paktu zawartego między Stwórcą a Ideokrwistymi kilka milionów lat temu. Specjalnie zaczaili się przy niedalekiej świątyni – ludzie nigdy nie zostawiali świętych miejsc samym sobie i odwiedzali je przynajmniej raz w roku, więc ktoś prędzej czy później musiał się zjawić. Ideokrwiści nie znali się jednak na ludzkich rytuałach i nie byli istotami cierpliwymi, toteż po dwóch dniach czekania byli żądni krwi…, a raczej dziewictwa niewiast.
         Gdy wieśniacy pojawili się nocą na skraju lasu Astaroth zaczął już wypowiadać diabelskie formuły, mające na celu unicestwienie ich. Maukar natychmiast zainterweniował i przemówił mu w tej kwestii do rozsądku – mieli tylko porwać kobiety i nie robić większego zamieszania:
– Stwórca zawsze może wrócić. Wtedy oni będą odpowiedzialni za Jego gniew z racji tego, że popełnili większe wykroczenie. My umyjemy od tego ręce. Tymczasem niech oni palą wioski i zabijają ludzi. My tylko będziemy porywać kobiety. – mruczał mu do ucha anielsko diabelskim głosem.
Astaroth skierował tylko na niego ziejące czernią oczodoły, w których powinny znajdować się oczy i szarpnął kościstym ramieniem, by wyswobodzić się spod dłoni Maukara – w tym geście czaiła się wrogość, ale i niema aprobata. Anioł patrzył wielkimi, nigdy niezamykającymi się oczami, których źrenice były zaledwie punkcikiem na tle lazurowych tarcz, jak demon odwraca się do niego szkieletowymi plecami i odpływa od krawędzi góry, nad którą obaj lewitowali. Maukar po chwili wrócił do obserwowania ludzi, podczas gdy Astaroth zaczął tworzyć mleczną mgłę i przywoływać burzowe chmury – ot tak dla zabawy.
         Kilka modlitw i błyskawic później za lasem, nad wioską przybyłych ludzi zaczęły kłębić się chmury dymu. To sprawiło, że Astaroth poczuł ogromną frustrację i wściekłość – miał świadomość, że przez swoją swoistą powściągliwość może robić mniej niż inni Ideokrwiści: w tym przypadku nie mógł zaatakować garstki ludzi, gdy inni w ataku zrównywali z ziemią całe wioski. Pomimo wszystko wybrał subtelną formę unicestwienia ludzi. Biorąc pod uwagę to, iż Ideokrwiści nie mogą tworzyć (tylko Stwórca to potrafi) Astaroth ukradł pojedynczą iskrę z wiecznie płonącego jeziora Świata Pierwszego, nieco zmienił jej właściwości i podłożył w świątyni.
         Minęło niewiele czasu, gdy wraz z Maukarem usłyszeli przerażające krzyki mężczyzn i kobiet. Było go jednak na tyle dużo, by wokół gór zgromadziło się kilkadziesiąt słupów ciemnego dymu, zwiastującego spalanie kolejnych wiosek. Maukar patrzył się w przestrzeń, gdy tymczasem Astaroth obserwował lewitujących nad pobojowiskami innych Ideokrwistych.


         Pożar ugasiła burza, która zjawiła się krótko po rozpętaniu się piekła w świątyni. Otumanieni gorącem i dymem ludzie obudzili się jednak tuż przed wschodem bladego Słońca, a gdy zobaczyli Astarotha i Maukara zaczęli chować się za pozostałościami świątyni i kamiennym ołtarzem nie zważając na ciężkie obrażenia i błagania bliskich o pomoc.
         Pierwszy na ziemi wylądował Astaroth. Zgliszczowa mgła była jednak tak gęsta, że ludzie dostrzegli na początku tylko smukłą, wychudłą ciemną sylwetkę, która poruszała się wolno i niezgrabnie – jakby kulała. Istota stanęła przy najbliższej sobie, leżącej pod ruinami świątyni kobiecie. Patrzyła na nią martwymi oczami, ale jej unosząca się i opadająca miarowo klatka piersiowa świadczyła o tym, iż są w niej jeszcze resztki życia. To ona pierwsza zobaczyła Astarotha w całej jego okazałości.
         Był wysoki, a jego ciało przypominało czarną skórę nieco za dużą w porównaniu do szkieletu, na którą została naciągnięta – sprawiał wrażenie, jakby nie posiadał mięśni, a ścięgna i kości przerażająco raziły swą ostrością. Gdy nachylił się drapieżnie nad jej ciałem i „spojrzał” w oczy, kobieta zmierzyła się twarzą w twarz z nagą czaszką i jej krwawiącymi oczodołami. Jedyne, co było ludzkie w tej „twarzy” to jej kształt i usta, przypominające zgrabne kobiece wargi, które istota wykrzywiła w demonicznym uśmiechu, wyciągając przed siebie wielką szponiastą dłoń i zatrzymującą ją przed oczami kobiety. Wtedy na jej twarzy pojawiło się prawdziwe przerażenie, aż w końcu całe jej ciało zastygło w bezruchu. Umarła, a z jej na wpółotwartych ust uleciała niebieska mgiełka – ostatnie tchnienie – która owinęła się wokół zaostrzonych palców Astarotha, a potem wchłonęła w jego dłoń.

         Demon uniósł głowę i rozejrzał się wokoło. Uśmiechnął się sardonicznie, gdyż pojął głupotę przerażonych ludzi, którzy nie zdawali sobie sprawy, że doskonale ich widzi pomimo braku oczu i tego, że skrywają się za ołtarzem.
         Obok niego przepłynął obojętny Maukar i skierował się w stronę już martwych ludzi – taka była pomiędzy nimi umowa: on zabierał dusze niedobitków, a anioł – już zmarłych. Maukar poruszał się płynnie – nadal lewitował, podczas gdy Astaroth poruszał się już na nogach. Anioł wylądował tuż przy kapłanie, z którego ostatnie tchnienie już uleciało i krążyło wokół głęboko poparzonego ciała. Nieskazitelnie białą dłonią zebrał obłok, który zgromadził się na opuszkach jego palców, po czym usnuł go na wysokość nieruchomych oczu i wciągną przez otwór przypominający osłonięty kratą przyłbicy, wykonanej z kości słoniowej.
         Ideokrwiści wolno napełniali swe ciała duszami, podczas gdy ludzie nie ruszali się ze swoich kryjówek, myśląc, że są niezauważalni. Gdy Maukor zbliżył się do Astarotha z jego gardła wydobył się pomruk, a potem obaj wzlecieli nad zgliszcza.

         Biała istota była niewidoczna we mgle już po chwili, podczas gdy ciemną było widać jeszcze przez dłuższy czas, ale nim całkowicie zniknęła, ludzie zaczęli wychodzić z kryjówek. Wszyscy byli w szoku – przerażeni i zrozpaczeni utratą bliskich i własnego zdrowia, ale również szczęśliwi, że udało im się ujść z życiem.
         Jedna z kobiet udała się nad strumyk, by w ciszy zmówić modlitwę za swego zmarłego syna i obmyć się. Gdy dotarła do szemrzącej wody, uklękła nad brzegiem i zwróciła spojrzenie w stronę świątyni – była tak niedaleko, że mogła rozpoznać postaci wszystkich swoich bliskich krzątających się w ruinach.
         Nagle usłyszała szelest. Wytarła załzawione oczy i zwróciła wzrok na przeciwległy brzeg strumienia, przy którym rósł gęsty las. Łzy nadal sprawiały, że nie widziała wyraźnie, toteż postanowiła przemyć twarz wodą i wytrzeć lnianą chusteczką, którą skrywała w kieszeni fartucha.
         Gdy osuszyła już oczy i odsunęła chustkę od twarzy przez chwilę nadal widziała ciemność, a potem poczuła przeszywający ból w ramionach. Ostatnią rzeczą, którą poczuła było odrywanie się od ziemi, gdyż ból sprawił, że zemdlała.
         Odzyskawszy przytomność, leżała na skałach. Pierwszym zmysłem, który się przebudził był wzrok. Otworzyła oczy i zobaczyła plamę krwi – swojej krwi – wędrującej, aż pod ścianę jaskini, w której była. Późnej poczuła przeszywający ból ramion, który nieco zelżał od zimna skał, ale nasilił się gdzie indziej – w okolicach ud i brzucha. Kolejnym zmysłem był słuch. Jej uszy wypełniły jęki dziesiątek kobiet. Rozejrzała się przerażona dookoła i zobaczyła młode, przerażone kobiety – niektóre pochodziły z jej wioski. Wszystkie leżały na podłodze, kuliły się pod ścianami, a większość swe białe sukienki miały pokrwawione z przodu, na wysokości podbrzusza.

… a kim dokładnie są Ideokrwiści niech
na zawsze zostanie naszą tajemnicą,
o której będziemy rozmawiać na starość