Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Mickiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Mickiewicz. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 maja 2013

Subiektywna „podróż” do Rosji


(reportaż napisany na potrzebę zajęć licealnych z języka polskiego; zawiera fragmenty z „Dziadów” Adama Mickiewicza)

            Kilka dni temu dotarłam na Sybir. Była to podróż ciężka a zarazem niezwykła. Jechaliśmy w małych, metalowych kibitkach, ale miałam szczęście przebywać w niej z wielkim pisarzem Adamem Mickiewiczem. Ów artysta wzbudził we mnie ogromny patriotyzm. Miło było słuchać jego skarg na naszych oprawców, gdyż czułam wtedy, że nie jestem sama w tej całej sytuacji i, że tak znakomita osobistość cierpi i uważa tak samo, jak pospolici ludzie.
         Było zimno. Siedziałam najdalszym kącie. Czułam każdą częścią ciała lodowate ściany i podłogę kibitki. Światło, wpadające przez małe okienko, znajdujące się tuż pod dachem, nie docierało do mnie. Próbowałam zasnąć, by ta podróż trwała przynajmniej w moim wyobrażeniu, jak najkrócej. I wtedy poczułam przyjemne ciepło i ciężar futra na grzbiecie. Otworzyłam oczy i zobaczyłam jego. Usiadł obok mnie i usłyszałam głos – głos Adama Mickiewicza:
         –  Strasznie się trzęsłaś. – powiedział tylko.
Nic nie odpowiedziałam. Owinęłam się ściślej kożuchem i zasnęłam.
Gdy obudziłam się jego już obok mnie nie było. Stał przed okienkiem, chwiejąc się, co jakiś czas, gdy kibitka najeżdżała na nierówności w drodze. Wstałam z trudem, dźwigając na swoich plecach ciężkie futro. Stanęłam obok niego. Byłam niższa, więc widziałam tylko mleczne niebo i gołe czubki drzew. Nagle usłyszałam, jak Mickiewicz szepce coś do siebie:
         –  Po śniegu, coraz ku dzikszej krainie, leci kibitka, jako wiatr pustynie.
Spojrzał na mnie.
         –  Niewiele widzisz, prawda?
Pokręciłam głową i oddałam mu płaszcz.
         –  Może to i lepiej. Czasem dobrze jest nie widzieć pewnych rzeczy.
Potaknęłam. Kibitka zatrzymała się. Mogliśmy wyjść „rozprostować nogi”, ale ja zostałam sama w środku. Przespacerowałam się w tę i powrotem po kibitce. W jednym z jej rogów znalazłam pomiętą kartkę. Rozprostowałam ją. Trudno mi było przeczytać, co jest na niej napisane, ale później dowiedziałam się tego od samego autora: „Gdzieniegdzie drzewa siekierą zrąbane, odarte i w stos złożone poziomy, tworzą kształt dziwny, jakoby dach i ścianę, i ludzi kryją, i zowią się: domy.”.
         –  Więc to tak jest na zewnątrz. Domy nieprzypominające domów. – pomyślałam i postanowiłam wyjść na zewnątrz.


autor obrazka: ilsilenzio

Zobaczyłam równinę, na której stały rzędem drewniane chaty, a z ich kominów buchała para. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że surowe ściany przepuszczają każdy większy podmuch wiatru. Zaczęłam żałować ludzi, którzy w nich mieszkają, chociaż byli Rosjanami. Naprzeciwko mnie, na kamieniu usiadł Mickiewicz, tyłem do kibitki. Nachylał się nad czymś. Podeszłam do niego powoli i ostrożnie. Przez ramię zobaczyłam, że pisze coś starannym, równym pismem. To, w przeciwieństwie do poprzedniego, łatwo było rozczytać: „Na wskróś pustyni krzyżują się drogi, nie przemysł kupców ich ciągi wymyślił, nie wydeptały ich karawan nogi; car (przy tym słowie poecie drgnęła ręka i mocniej przycisnął pióro, którym pisał, do kartki) ze stolicy palcem je nakryślił. Gdy z polską wioską spotkał się ubogą, jeżeli trafił w polskich zamków ściany, wioska i zamek wnet z ziemią zrównany.”. Po tych słowach przestał pisać i spojrzał w dal. Podążyłam za jego wzrokiem i zobaczyłam mężczyznę wychodzącego z jednego z domów. Był postawny, a na ramieniu niósł siekierę, którą po chwili zaczął rąbać drewno. Szło mu to bardzo sprawnie. Z wypiekami na twarzy, beznamiętnym wzrokiem, patrzył na sypiące się z pni drzazgi. Po raz kolejny zrobiło mi się żal narodu Rosyjskiego. Car wcale nie traktował ich lepiej od nas – Polaków. Mieszkami w zimnie i mogli liczyć wyłącznie na siebie. Nagle Mickiewicz odwrócił się i zwrócił wzrok w moją stronę. Nasze spojrzenia spotkały się, a ja zawstydzona, oddałam mu kartkę, którą znalazłam w kibitce. Wyrwał mi ją szybko z dłoni i schował do kieszeni kożucha, rozglądając się nerwowo. Popchnął mnie delikatnie w stronę kibitki i weszliśmy do niej razem.
         –  Nie możesz nikomu o tym powiedzieć, rozumiesz? Nikomu. – zaczął, patrząc na mnie przestraszonym wzrokiem.
         –  Nie miałam zamiaru. Ale czemu tak bardzo panu na tym zależy? – odpowiedziałam nieco nieśmiało.
Z grymasu, który pojawił się na jego twarzy wyczytałam niepewność. Nie wiedział, czy powinien mi wyjawić powód swojej nerwowości.
         –  Widzisz… – zaczął i od razu przerwał.
         –  Małgorzata. Mam na imię Małgorzata. – powiedziałam, wiedząc, że tego ode mnie oczekuje.
         –  Widzisz, Małgorzato. Nastały czasy, w których nie można pisać takich rzeczy. Nie wolno opisywać nam, więźniom, co się dzieje w kraju naszego oprawcy i, jaki mamy do niego stosunek. Car – skrzywił się – nie może sobie pozwolić na to, aby jego wrogowie wiedzieli, że w Rosji nie dzieje się dobrze. Przynajmniej nie dla wszystkich jej obywateli. Car jest potężny, bo ma pod sobą ludzi. Gdyby mu ich zabrać albo gdyby naród rosyjski wraz z więźniami wszczął bunt, byłby nikim. Teksty, które piszę właśnie o tym mówią, a nam mówić o tym nie wolno.
Potaknęłam, patrząc mu w oczy.
Gdy ruszyliśmy w dalszą trasę, usiedliśmy obok siebie na lodowatej podłodze. Rozmawialiśmy szeptem dniami i nocami o naszych poglądach politycznych, ale też zainteresowaniach. Przejechaliśmy przez Petersburg, którego wygląd bardzo zdenerwował Mickiewicza. Mówił coś o plagiacie architektury paryskiej, amsterdamskiej, rzymskiej, weneckiej, londyńskiej. Nie rozumiałam, na czym ów plagiat poległa, ponieważ nie byłam w żadnym z wymienionych przez niego miast.
         Tak minęła mi droga na Sybir. Na miejscu drogi moje i Adama Mickiewicza rozeszły się najprawdopodobniej bezpowrotnie. Kilka dni po rozstaniu się z nim, znalazłam w mojej kieszeni mojego skórzanego okrycia, karteczkę ze słowami: „U architektów sławne jest przysłowie, że ludzi ręką był Rzym zbudowany, a Wenecyją stawili bogowie; ale kto widział Petersburg, ten powie: że budowały do chyba Szatany. Nie zapominaj nigdy o dwóch osobach – swoim oprawcy i swoim przyjacielu.”. Podpisane „A. Mickiewicz.”.

Małgorzata Jagiełła

środa, 6 lutego 2013

Biała Krew

(fan fiction: „Lilije” Adam Mickiewicz)

Przy strumyku oddalonym od dworku słychać głuche stukoty. W świetle księżyca lśni czerwone ostrze noża i długie blond włosy Jadwigi, pani dworu. Na białej koszuli jej męża wykwita plama krwi. W jego martwych oczach odbijają się gwiazdy. Jadwiga ze strachem błądzącym po jej twarzy, odrzuca ziemię wielkim szpadlem, wykopując głęboki dół. Skrawki ziemi padają na twarz Henryka, jej męża, zastygniętą w przerażeniu i zaskoczeniu. Zgrabnymi dłońmi ujmuje nadgarstki swego męża i wrzuca go do grobu. Z wyrafinowaniem wyciera krew z noża, śnieżnobiałą jedwabną chustką i przykrywa nią twarz męża. Zasypuje grób, tworząc z niego mogiłę, a z włosów wyjmuje kwiat lilii o woskowych, połyskujących w świetle księżyca, płatkach i kładzie go na ziemi.
– Kwiecie, podlewany będziesz krwią niewinnego. To powinno zapewnić ci bujny wzrost.
Jadwiga wrzuca szpadel do strumyka i rusza przez ciemny las z nożem w dłoniach.
         Przy wschodzie słońca, kobieta dociera do chatki pustelnika, gdzie strumyk ciągnie się nadal. Jadwiga zapukała do drzwi. Idąc przez las nie myślała o tym, co zrobiła, ale gdy zobaczyła mury swojego zamku, pomyślała o swych dzieciach i karze, jaką może otrzymać za ów czyn. Starzec otworzył jej, a ona opowiedziała mu całą historię.
– Nie żałujesz, więc czynu, lecz kary za niego? Idź w pokoju. Udzielam ci mojego rozgrzeszenia. Życie samo wyznaczy ci pokutę, a ja nie będę cię potępiał, bowiem nie mam do tego prawa.
Jadwiga uradowana słowami pustelnika, opuściła jego chatę. Przed pójściem do dworku, zatrzymała się jeszcze przed strumykiem, gdzie chciała obmyć twarz i dłonie ze szkarłatnego płynu. Kobieta zanurza dłonie w krystalicznej wodzie, lecz nagle czuje uderzenie, a później szczypiący ból. Spogląda na swoje ręce, przy których wypłynął szpadel niesiony nurtem rzeki. Przerażona tym zbiegiem okoliczności Jadwiga rusza pędem do zamku.
W bramie witają ją dzieci.
– Mamo! Wróciłaś wreszcie! – cieszą się. – A gdzie tata? – pyta najmłodszy synek, a kobieta kuca przed nim.
– Tata został w lesie. Wróci wieczorem.
– Mamo, a co masz tu, na twarzy? Jadłaś w lesie poziomki? Dlaczego nam żadnych nie przyniosłaś?
Synek sięga do policzka matki, a ona zszokowana nie zdąża zareagować na ów gest. Chłopiec ściera palcem krew i wkłada go do buzi. Po chwili krzywi się.
– Mamo, te poziomki były chyba zepsute.
Jadwiga nic nie odpowiedziała.
Po owym wydarzeniu noc w noc kobieta słyszy stukania, szelesty, skrzypienia, a czasem ostatnie tchnienie męża i jego charczący oddech, gdy dławił się własną krwią. O ile dzieci szybko zapomniały o tacie, o tyle Jadwiga myślała o nim nieustannie – szczególnie nocami, kiedy nie mogła zmrużyć oka.
Pewnego dnia do dworku przybywają dwaj bracia Henryka. Zaczynają wypytywać bratowej o niego. Jadwiga bez problemu zbywa ich pytania, ale oni nadal czekają na brata we dworku. Czekają tak miesiąc, dwa, aż upłynął cały rok. Bracia, widząc, jak kobieta nie radzi sobie z obowiązkami domowymi proponują jej małżeństwo z jednym z nich. Zdezorientowana Jadwiga idzie poradzić się pustelnika, co ma zrobić w tej sytuacji.
– Starcze, powiedz mi, co mam począć z braćmi mojego męża nieboszczyka?
– Jeżeli żałujesz swojego postępku masz prawo być szczęśliwą i wyjść za jednego z braci. Każ im wyruszyć w przyszłą niedzielę o wschodzie słońca do lasu. Tam niech nazrywają kwiatów, a zrobiwszy z nich wianek ozdobią go wedle swojego upodobania. Który z wianków braci wybierzesz ten będzie twoim mężem.
Jadwiga zrobiła, jak kazał jej pustelnik, a w niedzielę po południu stała już przed ołtarzem, mając przed sobą dwa wianki. Jeden z pomarańczowych bratek, drugi – z białych lilii. Kobieta wybrała wianek z białych kwiatów, a wtedy bracia zaczęli przekrzykiwać się jeden przez drugiego i kłócić, że wybrany przez Jadwigę wianek należy do niego. Wtem otworzyły się drzwi kościoła, a pod dachem stanął mężczyzna ubrany w białą szatę. Twarz miał bladą, więc jeszcze wyraźniej było widać krew i okruchy ziemi na niej. Na piersi miał szkarłatną plamę, a w ręku ściskał jedwabną chustkę.
– Wianek jest mój, bo lilie z grobu mojego. – powiedział zachrypniętym głosem, tak cicho, że brzmiał, jak szept, a zarazem tak głośno, że kościół zadrżał w posagach. – Żona także moja i braci dusze też do mnie należą.
Duch Henryka wskazał na wianek. Jadwiga spojrzała na kwiaty i nagle odrzuciła je pod nogi męża nieboszczyka. Lilie stały się krwistoczerwone, jak plama na koszuli Henryka.
– Chociaż lilie białe były, jak śnieg to z krwi powstały i w krew się obrócą. – mówiąc to upuścił chusteczkę na wianek, a kościół zawalił się na głowy braci i Jadwigi.

Przed gruzami, po śladzie Henryka została tylko biała lilia, do której spod zawalonych murów już płynęła stróżka krwi. 


autor obrazka: Arian1991